Monday, 3 December 2007

kilka dni w listopadzie...

Istna seria (bardzo) fortunnych zdarzeń ostatnio mi się przydarzyła. To było miesiąc temu, ale jakoś dopiero teraz znalazłam chwile aby o tym napisać. Wszystko zaczęło się wspólnym wypadem na piwko z kumpelami z rodzinnego miasta. Co prawda u Bazyla spodziewałam się popisowej mordowni i niezłego ubawu, niestety tego dnia było całkiem spokojnie a nawet przyzwoicie! Cóż, za to spędziłam miły wieczór w doborowym towarzystwie. Następnego dnia ominęła mnie prezentacja na 8.00, która najprawdopodobniej skończyłaby się fiaskiem, zwarzywszy jak spędziłam poprzedni wieczór. W sobotę spadł śnieg a w niedziele przypadło św. Marcina. Po południu wybrałam się z rogalem marcińskim w garści na paradę. I choć pogoda trochę nie sprzyjała, byłam zachwycona. Głownie paradą, ale również zdezorientowanymi widzami, którzy nie wiedząc która strona ulicy przejdzie biegali tłumnie z jednej strony na druga :). Wieczorem natomiast, za namową Współlokatorki (której jestem dozgonnie wdzięczna), pojechałam na wystawę dzieł Alfonsa Muchy w Zamku. Dosłownie na ostatnią chwilę, ostatniego dnia, 2-3 h przed zamknięciem. Przybyłam, zobaczyłam i się zachwyciłam. Rewelacja! Na zakończenie tego pełnego wrażeń dnia pojechałyśmy zobaczyć sztuczne ognie… piękne sztuczne ognie… luuuuuuuuuubię sztuczne ognie :] Nazajutrz spotkało mnie dużo życzliwości ze strony ludzi. Najpierw przeuprzejmy pan Zegarmistrz, a potem przemiła pani na rynku. Niby niewiele, a jednak za każdym razem się uśmiecham na myśl o tych paru dniach.

a, i już nie ma węgorzy... odpłynęły. chyba musze zmienić tytuł bloga :(

1 comment:

Eli said...

haha wegorzy nie ma, za to warkocze sie pojawia :>

pamietasz, jak marudzilas, ze moglas zostac tu, gdybys wiedziala wczesniej..? mysle, ze nie ma czego zalowac i tam spotyka Cie o wiele wiecej niz tu pomijajac oczywiscie oczywista oczywistosc :D i w ogole przyjezdzaj czesciej noooo ;(