Grudzień. Totalna mobilizacja! Otwieram Fundusz Gwiazdkowy kosztem Funduszu na Paryż, który zostaje tymczasowo zawieszony, ograniczam spożycie wysokokalorycznych posiłków, nie tańczę i nie piję (za dużo), kończę pracę mgr i rozpoczynam dzień o 6.00 mszą świętą roratną.
Weekend: byłam na świątecznych zakupach. Kupiłam tylko sobie i za dużo.
Poniedziałek: Po powrocie z kościoła ambitnie zabrałam się do pisania pracy …i zabrali prąd. Z rozpaczy zjadłam paczkę chipsów.
Wtorek: wyszłam z domu o 6.10, pojechałam do miasta, zajrzałam do Dominikanów, wsiadłam do tramwaju, wróciłam do kosciółka przy domu.
Środa: pogoda mnie zabiła. Spałam od 11.00 do 18.00.
Czwartek-piątek: 3 pizze (metrowe), koktajl bananowy i ‘oczy szeroko zamknięte’ do 2 w nocy…
Friday, 7 December 2007
Monday, 3 December 2007
kilka dni w listopadzie...
Istna seria (bardzo) fortunnych zdarzeń ostatnio mi się przydarzyła. To było miesiąc temu, ale jakoś dopiero teraz znalazłam chwile aby o tym napisać. Wszystko zaczęło się wspólnym wypadem na piwko z kumpelami z rodzinnego miasta. Co prawda u Bazyla spodziewałam się popisowej mordowni i niezłego ubawu, niestety tego dnia było całkiem spokojnie a nawet przyzwoicie! Cóż, za to spędziłam miły wieczór w doborowym towarzystwie. Następnego dnia ominęła mnie prezentacja na 8.00, która najprawdopodobniej skończyłaby się fiaskiem, zwarzywszy jak spędziłam poprzedni wieczór. W sobotę spadł śnieg a w niedziele przypadło św. Marcina. Po południu wybrałam się z rogalem marcińskim w garści na paradę. I choć pogoda trochę nie sprzyjała, byłam zachwycona. Głownie paradą, ale również zdezorientowanymi widzami, którzy nie wiedząc która strona ulicy przejdzie biegali tłumnie z jednej strony na druga :). Wieczorem natomiast, za namową Współlokatorki (której jestem dozgonnie wdzięczna), pojechałam na wystawę dzieł Alfonsa Muchy w Zamku. Dosłownie na ostatnią chwilę, ostatniego dnia, 2-3 h przed zamknięciem. Przybyłam, zobaczyłam i się zachwyciłam. Rewelacja! Na zakończenie tego pełnego wrażeń dnia pojechałyśmy zobaczyć sztuczne ognie… piękne sztuczne ognie… luuuuuuuuuubię sztuczne ognie :] Nazajutrz spotkało mnie dużo życzliwości ze strony ludzi. Najpierw przeuprzejmy pan Zegarmistrz, a potem przemiła pani na rynku. Niby niewiele, a jednak za każdym razem się uśmiecham na myśl o tych paru dniach.
a, i już nie ma węgorzy... odpłynęły. chyba musze zmienić tytuł bloga :(
a, i już nie ma węgorzy... odpłynęły. chyba musze zmienić tytuł bloga :(
Subscribe to:
Posts (Atom)